-Zayn, co się...?-Perrie dołączyła do nas-Słonko?! Chodź do mnie.
Usiadła obok mnie i przytuliła, delikatnie kołysząc. Ona jako jedyna znała całą prawdę, bo tylko tej dwójce byłam w stanie powierzyć całe życie. Właśnie dlatego przyszłam na drugi koniec Londynu. Tylko oni mi zostali z najbliższych. Reszta odwróciła się ode mnie, za sprawą Harry'ego. W nich znalazłam wsparcie w najgorszych chwilach, jak ta.
-Ja już nie wytrzymuję.-wychlipiałam-To mnie przerasta, a jedyne co czuję, do strach i obrzydzenie do jego osoby.
-Nie musisz tam wracać. Pamiętaj. Coś wymyślimy.
Otrząsnęłam się trochę i ruszyłam do kuchni. Jak zawsze, w szafce czekały na mnie tabletki na uspokojenie i na sen. Bez nich miałam koszmary, jeśli wogóle zasnęłam i bałam się. Po nich wszystko robiło się przyjazne i nie odczuwałam tego bólu, na ciele i umyśle.
Po chwili leżałam na łóżku, otulona kołdrą, w pokoju, w którym spędzałam większość nocy. Żeby nie płakać, zamknęłam oczy i zaczęłam się wsłuchiwać w rozmowę moich przyjaciół.
-Tak nie może być.-rozpoznałam głos zatroskanej Pez
-Wiem, ale Harry'emu nie przemówisz do rozsądku. Za długo to trwa. Zrobimy tak - pojedziecie jutro po rzeczy i Marisa zostanie u nas na jakiś czas. Za twoją zgodą.
-Nie zostawimy jej. Zrobimy jak mówisz. Spójrz na nią. Od miesiąca przychodzi do nas praktycznie co noc, bo się go obawia. To już nie ta sama osoba, żadne z nich.
I wtedy odpłynęłam. Miałam przyjemny sen. Nie pamiętam go, ale musiał być piękny, bo nie był koszmarem.
***
Obudziłem się 'rano' o trzynastej. Była to wczesna pora, biorąc pod uwagę, o której wróciłem i ile alkoholu w siebie wlałem. Poszedłem do kuchni w poszukiwaniu aspiryny. Połknąłem tabletkę i poczułem się lepiej. Dobra, tak samo, ale trzeba mieć podejście. Usłyszałem jakiś ruch na górze. Tam przeżyłem lekkiego szoka. W garderobie stały popakowane kartony, a Marisa i Perrie pakowały kolejne.
-Co ty robisz, do cholery?!
-Pakuję się.-wypowiedziała te słowa ze spokojem. Ogólnie byłam spokojna.
-A powód?
Kiwnęła na Pez, a ta wyszła, mierząc mnie wzrokiem. Nie przepadałam za moją osobą, z wzajemnością. Szczególnie, gdy zabierała moją dziewczynę. Zniknęła, a ona znowu zaczęła mówić. Tym samym tonem, spokojnym i cichym. Opanowanym. To doprowadzało mnie do szału.
-Ty, Harry. Powodem jesteś ty i mam dość. Dlatego to robię.
Schyliła się po pudło, a ja wykorzystałem ten moment. Pod wpływem impulsu, chwyciłem ją za ramiona i przygwoździłem do ściany. W jej oczach malował się ból, strach i rozpacz. Starała się być silna, ale z jej oczu popłynęły pojedyncze łzy.
-Nigdzie nie idziesz! Rozumiesz?! Zostaniesz ze mną!
Uświadomiłem sobie, co robię, więc poluźniłem uścisk, ale jej nie puściłem. Ona wtedy spojrzała mi w oczy, gdzie gościł teraz u niej spokój.
-Wolę zgnić, niż zostać tu z tobą nawet minutę.-nie żartowałam, to było to, co leżało jej na sercu
Czułem się jakby ktoś mi splunął na twarz. Nie mogłem na to pozwolić, byłem zbyt dumny na coś takiego. Przycisnąłem jej drobne ciało do ściany. Marisa spięła się, dobrze wiedziała, co chcę z nią zrobić.
-Ty dziwko! Wyciągnąłem cię z gówna, w które wpakował cię twój brat! Powinnaś być wdzięczna!
Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi, za to poczułem uderzenie. Oberwałem w twarz, brzuch, a następnie wylądowałem na podłodze. Poczułem krew, która spływała mi z nosa wprost do ust, pozostawiając metaliczny posmak. Sprawcą tego był Zayn. Nawet on był przeciw mnie. Chciałem się odezwać, ale wyprzedziła mnie Marisa.
-Może i wyciągnąłeś mnie z tamtego gówna, ale stałeś się dupkiem i wciągnąłeś w jeszcze gorsze. Nie chcę cię znać.
Zniknęli z domu, razem z jej rzeczami. Usłyszałem ryk samochodu, który szybko ucichnął. Zrozumiałem, że ona nie wróci, ale wtedy się z tym nie liczyłem.