-Drake, przywitaj się z młodszą siostrzyczką!-wykrzyczałam w wejściu. Skierowałam się do swojego pokoju, który mi oddał, gdy zaczęłam dorastać i cenić sobie prywatność. Sam sypiał na kanapie.
-Patrz, ile forsy. Nigdy tyle nie było...
-Marisa, siadaj i słuchaj.-wiedziałam że coś nie gra, bo nigdy się tak do mnie nie zwracał-Dziś są twoje szesnaste urodziny. Czas, żebyś się usamodzielniła. Posłuchaj uważnie. Zabierz moją torbę i wynoś się stąd.
-Czemu? Nie zostawię cię!
-Też się źle z tym czuję, ale chciałem ci zapewnić lepsze życie, niż zarabianie na ulicy. Żeby ci pomóc, sam wpakowałem się w niezły burdel.-wstał i zerknął przez okno-Już za późno. Ukryj się w szafie, jakby cię tu nie było. Bez względu na wszystko, musisz być twarda. Gdy będzie już po wszystkim, uciekaj jak najdalej od tego miejsca. Nie zaglądaj za siebie. Kocham cię, mała.
Ukrył mnie w szafie, razem z rzekomą torbą. Wtedy usłyszałam huk. Zerkałam przez małą szparkę, co się dzieje. Dwóch nieznanych mi ludzi złapało mojego brata, a trzeci wyciągnął broń. Oddał cztery strzały-w kolana, w serce i między oczy. Brzmi jak opis jakiegoś filmu, ale taka jest rzeczywistość. Zaraz po tym zniknęli, podczas gdy ja tłumiłam krzyk i łzy. Emocje szarpały mną od środka, ale nie pozwoliłam im wydostać się. Odczekałam chwilę i uciekłam. Pokonałam chęć spojrzenia na ciało, po czym ruszyłam schodami pożarowymi na dół. Mogłam jedynie spełnić ostatnią wolę Drake'a, to ostatnie co mogłam dla niego zrobić.
***
Stałem po drugiej stronie ulicy. Część mnie chciała iść i ją poznać, ale przeważyła ta droga, która kazała mi stać i czekać. Nie byłem w stanie się ruszyć. Po prostu wpatrywałem się w bydynek, wewnątrz którego zniknęła. Na chwilę pojawiło się tam paru gości. Gdy się oddalili, zauważyłem sylwetkę na schodach pożarowych. Rozpoznałem w niej Marisę. Biegła w moją stronę, czyli po prostu na drugą stronę ulicy. Chciałem, żeby zmierzała do mnie. Przyjrzałem się jej dokładniej. Wyglądała na przerażoną. Ba, była przerażona, przecież nikt spokojny nie rzuca się przez środek ruchliwej drogi. Była już prawie na chodniku, ale źle stanęła i upadła, a jej twarz wykrzywił grymas bólu. Usłyszałem pisk opon i w końcu odzyskałem władzę w nogach. Niewiele myśląc(właściwie wogóle nie myśląc)rzuciłem się w jej stronę. Wciągnąłem ją na chodnik i pomogłem wstać, ale zaraz upadła. To, co się tam wydarzyło, nie wróżyło nic dobrego. Wziąłem ją na ręce i pobiegłem jak najdalej od tego miejsca, a dokładniej zabrałem ją do szpitala.
Do tej pory pojawiam się w tym miejscu. Siadam na ławcę i patrzę na ten dom, ulicę i zastanawiam się, co by było, gdyby? Może, gdybym jej nie poznał, nie zraniłbym tylu ważnych dla mnie osób? Nie poszedłbym do X Factora, a One Direction by nie powstało? Może teraz szykowałbym się do jakiegoś egzaminu, a jedynym zmartwieniem byłoby, czy zdam? Może nie odczuwałbym tej pustki? Albo byłaby jeszcze większa? Z drugiej strony, gdybym się w niej nie zakochał, to mogłaby zginąc pod kołami samochodu? Jeśli tak, to wolę ten los. Może to było nam pisane? Przeznaczenie, wktóre nie wierzyłem, dopóki nie poznałem jej? Nie wiem, ale najwyraźniej ktoś tam, na górze, ma niezłą zabawę naszymi, moimi uczuciami. Uczucia.... Moje się nie zmieniły, jeśli chodzi o Marisę. Jak już, to się wzmocniły. A powinno być odwrotnie, powinny znikać z czasem. Trudno, muszę się z tym pogodzić. To jedyne wyjście, bo walkę o jej serce przegrałem już dawno....
___________________________________________________________________________________
Napisałam już dzisiaj pierwszy rozdział, bo dziś jest Dzień Blogowicza, czy jakoś tak xD. Mam nadzieję że was nie zanudziłam..... Liczę na wasze opinie i może pomożecie mi rozkręcić tego bloga, jeśli chcecie. Teraz muszę wymyślić tylko kolejny rozdział, bo musi być lepszy niż TO.