piątek, 31 sierpnia 2012

Primeiro

Kiedyś było inaczej. Do tej pory pamiętam jak zaczęła się nasza znajomość..... Moja matka była brazylijką. Była..... Zmarła podczas moich narodzin....Ojca nawet nie znam, zastępował mi go mój brat, z którym zostałam. Był moim wzorem, chciałam być jak on. Aby się utrzymać, tańczyłam na ulicy. Praktycznie codziennie, w tym samym mijescu i czasie. Przez parę tygodni pewien chłopak przychodził na każdy mój występ. Tak dobrze myślicie, to był Harry. Tego dnia podążał za mną do domu, o czym nie miałam pojęcia.
-Drake, przywitaj się z młodszą siostrzyczką!-wykrzyczałam w wejściu. Skierowałam się do swojego pokoju, który mi oddał, gdy zaczęłam dorastać i cenić sobie prywatność. Sam sypiał na kanapie.
-Patrz, ile forsy. Nigdy tyle nie było...
-Marisa, siadaj i słuchaj.-wiedziałam że coś nie gra, bo nigdy się tak do mnie nie zwracał-Dziś są twoje szesnaste urodziny. Czas, żebyś się usamodzielniła. Posłuchaj uważnie. Zabierz moją torbę i wynoś się stąd.
-Czemu? Nie zostawię cię!
-Też się źle z tym czuję, ale chciałem ci zapewnić lepsze życie, niż zarabianie na ulicy. Żeby ci pomóc, sam wpakowałem się w niezły burdel.-wstał i zerknął przez okno-Już za późno. Ukryj się w szafie, jakby cię tu nie było. Bez względu na wszystko, musisz być twarda. Gdy będzie już po wszystkim, uciekaj jak najdalej od tego miejsca. Nie zaglądaj za siebie. Kocham cię, mała.
Ukrył mnie w szafie, razem z rzekomą torbą. Wtedy usłyszałam huk. Zerkałam przez małą szparkę, co się dzieje. Dwóch nieznanych mi ludzi złapało mojego brata, a trzeci wyciągnął broń. Oddał cztery strzały-w kolana, w serce i między oczy. Brzmi jak opis jakiegoś filmu, ale taka jest rzeczywistość. Zaraz po tym zniknęli, podczas gdy ja tłumiłam krzyk i łzy. Emocje szarpały mną od środka, ale nie pozwoliłam im wydostać się. Odczekałam chwilę i uciekłam. Pokonałam chęć spojrzenia na ciało, po czym ruszyłam schodami pożarowymi na dół. Mogłam jedynie spełnić ostatnią wolę Drake'a, to ostatnie co mogłam dla niego zrobić.
***
Stałem po drugiej stronie ulicy. Część mnie chciała iść i ją poznać, ale przeważyła ta droga, która kazała mi stać i czekać. Nie byłem w stanie się ruszyć. Po prostu wpatrywałem się w bydynek, wewnątrz którego zniknęła. Na chwilę pojawiło się tam paru gości. Gdy się oddalili, zauważyłem sylwetkę na schodach pożarowych. Rozpoznałem w niej Marisę. Biegła w moją stronę, czyli po prostu na drugą stronę ulicy. Chciałem, żeby zmierzała do mnie. Przyjrzałem się jej dokładniej. Wyglądała na przerażoną. Ba, była przerażona, przecież nikt spokojny nie rzuca się przez środek ruchliwej drogi. Była już prawie na chodniku, ale źle stanęła i upadła, a jej twarz wykrzywił grymas bólu. Usłyszałem pisk opon i w końcu odzyskałem władzę w nogach. Niewiele myśląc(właściwie wogóle nie myśląc)rzuciłem się w jej stronę. Wciągnąłem ją na chodnik i pomogłem wstać, ale zaraz upadła. To, co się tam wydarzyło, nie wróżyło nic dobrego. Wziąłem ją na ręce i pobiegłem jak najdalej od tego miejsca, a dokładniej zabrałem ją do szpitala.
 
Do tej pory pojawiam się w tym miejscu. Siadam na ławcę i patrzę na ten dom, ulicę i zastanawiam się, co by było, gdyby? Może, gdybym jej nie poznał, nie zraniłbym tylu ważnych dla mnie osób? Nie poszedłbym do X Factora, a One Direction by nie powstało? Może teraz szykowałbym się do jakiegoś egzaminu, a jedynym zmartwieniem byłoby, czy zdam? Może nie odczuwałbym tej pustki? Albo byłaby jeszcze większa? Z drugiej strony, gdybym się w niej nie zakochał, to mogłaby zginąc pod kołami samochodu? Jeśli tak, to wolę ten los. Może to było nam pisane? Przeznaczenie, wktóre nie wierzyłem, dopóki nie poznałem jej? Nie wiem, ale najwyraźniej ktoś tam, na górze, ma niezłą zabawę naszymi, moimi uczuciami. Uczucia.... Moje się nie zmieniły, jeśli chodzi o Marisę. Jak już, to się wzmocniły. A powinno być odwrotnie, powinny znikać z czasem. Trudno, muszę się z tym pogodzić. To jedyne wyjście, bo walkę o jej serce przegrałem już dawno....
 
 
___________________________________________________________________________________
Napisałam już dzisiaj pierwszy rozdział, bo dziś jest Dzień Blogowicza, czy jakoś tak xD. Mam nadzieję że was nie zanudziłam..... Liczę na wasze opinie i może pomożecie mi rozkręcić tego bloga, jeśli chcecie. Teraz muszę wymyślić tylko kolejny rozdział, bo musi być lepszy niż TO.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Prologue

 Jestem Harry Styles. Tak, ten sławny chłopak w loczkach z One Direction. Ludzie widzą we mnie, albo rozpieszczonego bachora, albo ideał faceta (w przypadku fanek). Ale nikt nie ma racji. Tylko jedna osoba zobaczyła we mnie kogoś, kogo sam nie dostrzegałem. Egoista. Tak, w wielkim skrócie bez wulgaryzmów, opisała mnie Marisa. Wyrzuciła wszystko, co leżało jej na sercu i zniknęła z mojego życia. Chociaż nie, to ja zniknąłem z jej życia. Sam się do tego przyczyniłem. Zakochałem się w niej, chciałem jej pomóc i wszystko zniszczyłem. Zniszczyłem to sławą, przez którą stałem się dupkiem. Już ona nie była najważniejsza, tylko ilość obserwujących na twitterze, mój wygląd, imprezy, opinia publiczna. Zmieniałem się pod ludzi, aby mnie kochali. Z nią próbowałem zrobić to samo. Teraz mam, co chciałem. Jestem sławny, mam miliony fanów, ale jestem sam. Mam pieniądze, ale one już nic nie oznaczają. Kiedyś obiecałem że będe jej kupował prezenty, zabierał w każde miejsce na świecie, spełniał jej marzenia razem z nią. Teraz pewnie je spełnia, beze mnie. Pewnie żyje pełnią życia. Ja już jestem przeszłością, my już jesteśmy przeszłością.
***
 Nazywam się Marisa Jackson. To wam nic nie mówi, przecież nie pasowałam do wielkiego Harry'ego Stylesa. Nie uśmiechało się mną chwalić. Muszę wam opowiedzieć historię od początku, ale to później. Teraz tylko najważniejsze informacje. Tak, znam Harry'ego Stylesa, ale nie tą wielką gwiazdę, o której trąbią media. Ja znam prawdziwego Hazzę, chłopaka z Holmes Chapel o pięknych marzeniach, wnętrzu. A raczej do znałam. Teraz zniknął ten chłopak o cudownych dołeczkach, który powtarzał że mnie kocha. Na jego miejscu pojawiła się narcystyczna gwiazda, pragnąca wszystkiego, szczególnie tego czego nie może mieć. Stałam się dla niego przedmiotem, właśnie tak mnie traktował. Myślałam że to chwilowe, że przestanie i przeprosi, ale nie. Zaczynałam się czuć jak dziwka. Jakbym miała mu tylko sprawiać przyjemność. Obiecywał mi różne rzeczy, za dużo, żeby wymieniać. Najważniejsze że nic z tego niespełnił, postępował wręcz odwrotnie. Miałam dość, odeszłam. Ale nie mogę zapomnieć, wciąż mam nadzieję. To chyba wszsytko, co mi zostało. On już pewnie o mnie zapomniał, co go obchodziło moje zdanie, moja osoba? Teraz pewnie biega po klubach, co chwilę z inną dziewczyną do towarzystwa. Żyje pełnią życia. Ja jestem dla niego przeszłością, ja i on. My jesteśmy przeszłością. Liczy się tylko on.
 
___________________________________________________________________________________
Oto prolog. Jeśli się podoba, komentujcie. Zależy mi na waszej opinii. Chcecie rozdział?